no tak mi się jakoś na wynurzenia zebrało ;-)
i wychodzi mi kolejny komentarz pod hasłem jakość vs.cena
nie ukrywam, że za czasów studenckich- kiedy do kieszeni wpadało nam stypendium- praktycznie z góry te pieniądze były przeznaczone na różnego rodzaju hulanki
i swawole. na tańce do białego rana, na 3 seanse filmowe w jednym dniu, na przeogromne ilości lodów, a także na rozrzutne zakupy.
nie ukrywam, że obecnie czasami myślę sobie, że gdybym teraz wróciła w tamto miejsce- być może inaczej bym pozarządzała owymi finansami.
jednak- wtedy - mimo wszystko mieliśmy świadomość
- że to jest nas czas,
i że przecież - zdobycie odpowiedniej średniej ocen- też kosztuje jakąś pracę,
a na dodatek- (przynajmniej ja) miałam świadomość, że kiedy skończy się stypendium
- to i wtedy skończy się też aż takie rumakowanie.
stąd- w czasie studiów szafa urosła mi do wersji wręcz trzydrzwiowej ;-)
co zaskakujące: przejście na szafową dietę, i odchudzenie jej
do normalnych rozmiarów jednodrzwiowych przyszło mi zaskakująco łatwo.
bo to jest tak- kiedyś miałam przeogromny apetyt na różne asymetryczności,
i przyznaję, że wydawało mi się, że asymetryczność będę wielbić po wsze czasy.
a tu- okazało się- że słowem kluczowym jet- wydawało mi się.
bo tak na dobrą sprawę różne wydziwnienia w ciuchach ciężkie są do ugryzienia na co dzień.
i w efekcie obserwuję- że najdłużej jednak u mnie wytrzymują rzeczy proste
i dobrej jakości.
i tu od razu uwaga- ja wiem, że niektórzy lubią rzeczy super-hiper-mega-designerskie
- ja się do nich nie zaliczam.
stąd- wszelkie moje dywagacje mają raczej charakter sugestii i wariacji na temat mojego widzimisię.
i np. gdzieś tak po drodze- trafiłam na c&a- przyznam, że wcześniej c&a mi się kojarzyło jako z sieciówką zupełnie bez wyrazu.
a jednak- mimo tego, że generalnie mają ubrania proste, i niezbyt dizajnerskie
- to wbrew pozorom - kilkoma dodatkami można z nich złożyć interesujące zestawy.
w poprzednim wpisie pokazywałam zestaw z koszulą z d&g za ponad 700 pln.
no ale mimo wszystko- nie wierzę, że taka koszula wytrzymałaby kolejne 10 lat,
że jest warta takiej inwestycji.
ale każdemu- według jego potrzeb.
za czasów stypendium zdarzało mi się kupić 5 tanich ale bylejakich rzeczy
- zamiast 1 konkretnej.
na szczęście ten stan nie trwał wiecznie ;-)
i tak- wiele rzeczy, które posiadam obecnie, i które cenię sobie niezmiernie- właśnie były nieco poważniejszą inwestycją,
i w efekcie służą mi już dłuższy czas.
jak wiadomo- poziom ceny i inwestycji- dla każdego jest inny.
co jest wymierne dla mnie- nie musi być wymierne dla drugiej osoby.
i przyznaję, że to jest mój pomysł na wypełnienie szafy- w sytuacji, gdy uprawiam minimalizm, wystarcza mi szafa jednodrzwiowa, i wcale nie zależy mi na nie wiadomo jakich zmianach, i na nieustannym wypełnianiu szafy nowościami.
to nie jest tak, że urywam zupełnie od zakupów
- po prostu samo kupowanie ma dla mnie obecnie inny wymiar.
niski priorytet ma posiadanie dla samego posiadania- potrzebuję posiadać rzeczy, które po prostu będą u mnie w stałym obiegu i ruchu.
i to nie jest tak, że odcinam się zupełnie od metek ze średnich czy wyższych półek.
ale też zwyczajnie- nieco zmieniło się moje podejście do tego tematu.
kiedyś mi się wydawało, że posiadanie jakiejś markowej rzeczy
- to dodaje + zylion do rispekt.
dzisiaj- nawet markowość- musi mieć dla mnie uzasadnienie- sama metka to nie wszystko.
- dana rzecz jest wyoglądana za wszystkich stron, przedumana na różne sposoby-
po prostu potrzebuję jakiejś pewności, że dana rzecz ma rację bytu w mojej szafie,
a nie, że tylko się będzie w niej kurzyć.
* * *
a jednak zdarza mi się czasami sugerować się czasem metką
- po pewnych firmach spodziewać się wymiernej jakości.
chociaż- każdy miewa swoje wzloty i upadki.
na ten przykład- miałam spódnicę nabytą w vero modzie- którą z przerwami nosiłam lat 10, a np. inne rzeczy tej samej firmy, nie wytrzymały próby czasu.
zresztą- wszystko zależy od punktu widzenia i punktu siedzenia:
poniżej 2 zestawy złożone z prostych, sieciówkowych rzeczy,
i jak widać - pojedynczo pewnie szału by nie zrobiły- za to parę dodatków,
mały fix mix- i oto jest coś, co ja sama w każdej chwili bym ubrała.
całe szczęście, ze nigdy nie miałam serca do asymetryczności :D
OdpowiedzUsuń na zawszeTeż całe swoje stypendium przeznaczałam na ciuchy, lody i słodkości:) Z tymi firmówkami to jest tak, że je siękiedyś bardziej opłacało kupować bo po prostu rzeczywiście jakościowo były lepsze. Wszelkie Adidasy, Vansy i inne takie mam do dziś. Ba 6 rok chodze w tych samych HaMowych jeansach któe nawet nie mają ani jednego przetarcia. Teraz? Szkoda gadać:)
OdpowiedzUsuń na zawszeI ja nie uprawiam minimalizmu...dążę nieświadomie (a moze i świadomie) do posiadania pięciodrzwiowej szafy. Ba! Garderoby!:P
Nareszcie mogę pokomentować, bo w #korpo to nie wypada. No czasami lukam na parę chwil ;)
OdpowiedzUsuń na zawszeWłaśnie niedawno doszłam do wniosku, że ten mój raczkujący mnmlzm przyszedł w wyniku refleksji nad przepuszczonymi paroma tysiącami ze stypendium w ciągu tych długich 5 lat :((
Ale lepiej późno, niż... jeszcze później, albo ZA późno :D
dodam tylko, że to nie były jakieś grube tysiące, no, na laptoka by starczyło ;)
OdpowiedzUsuń na zawsze@biurowa
Usuń na zawszea ja podówczas podjęłam świadomą decyzję, że znaczną część kasy przebujam ;-)
myślę sobie, że taki czas- takiego lajtu i luzu, był mi potrzebny, bo wiedziałam, że po skończeniu studiów skończy się rumakowanie.
ale fakt, w miarę szybko się ogarnęłam- i już pod koniec studiów dokonywalam wiekopomnych inwestycji.
choćby w kurtkę zimową, którą noszę do dziś, czy tego nieszczęsnego laptoka ;-)
Tak jest, Szpiegu, za te buty ostatnio dałam 125zł. Zaszalałam i biję się w pierś. Ale o butki dbam i służą mi długo, ino niech będą porządne. A o to trudno, jak sama zauważyłaś. Z drugiej strony, rzeczy szybko mi się nudzą i z chęcią je wymieniam, tyle tylko że "jednorazówki" są cholernie drogie i coraz droższe. Ostatnio zakupiona tunika za 50zł już po jednym delikatnym praniu ma ślady noszenia.
OdpowiedzUsuń na zawsze