chociaż przyznaję, dawno nie miałam czasu dla tego pana,
jednak - mimo tak krótkiego czasu wspólnie spędzonego,
udało mu się wbić mi do głowy trochę (mam nadzieję) mądrych rzeczy.
najbardziej odkrywcza dla mnie- to była mądrość o dodatkach
i akcesoriach,
których dorzucenie do outfitu może postawić wszystko na głowie.
jeszcze jakiś czas temu- obstawiałam wydumane dodatki,
od dłuższego zaś czasu- z uwagi na minimalizm
staram się wybierać rzeczy bardziej klasyczne i uniwersalne.
bo choć dodatki dopełniają całość- tak naprawdę nie powinny przesłaniać reszty,
i być przesytem do reszty outfitu.
- chociaż takie pojęcie mądrości- w stylu, że nie dobieramy korali do butów,
czy butów do kapelusza- to już PONAD moje siły.
stąd- akcesoria u mnie są po prostu- prostym dodatkiem,
przełamującym czasem zbyt wielką zwyczajność reszty.
i lecimy od mojej góry ;-)
czyli czyjegoś prawego lub lewego.
z uwagi na fakt, że ja generalnie nie noszę czapek
( poza sytuacjami, gdy jest na zewnątrz -19)
to moją górą są kolczyki.
kiedyś- przyznaję, miałam cosia na punkcie takich udziwnionych
i wydumanych:
obecnie stawiam na prostotę, prostotę i jeszcze raz zen:
potem szyjowa szyja:
- to czerwone dziwo- zatrzymałam z uwagi na sentyment i okoliczności,
bo pewnie obecnie czegoś takiego bym nie wybrała.
coraz niżej - to bransolety.
lewa aldo- rządzi u mnie prawie wręcz niepodzielnie od lat.
chociaż uległam czarującym trendom na charmsy ( i wyprzedaży w parfois) :
lat temu jeszcze kilka - siłą trzeba było mnie odciągać od wystawy sklepowej,
gdzie za witryną zaparkowała taka oto czerwona strzała:
gdy obecnie- na zmianę eksploatuję takie torebunie:
a całości dopełniają moje kochane tulipany. o!
a! i nie mogę NIE wspomnieć- przy okazji nawiązania do szyi,
serduszek, serduszkowych lizaków, serdeczności i walentynek:
o tej niespodziance od chwilopylnej agaty!